Opowiadanie fanfiction, tylko wytwór mojej chorej wyobraźni.
Nie ma na celu urażenie kogokolwiek.
Ostrzegam, występują wulgaryzmy

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

[Post scriptum] W nas jest raj, piekło i do obu szlaki



Drogi Kacprze!
Właściwie to ten list nie powinien się tak zaczynać, prawda? Powinien zaczynać się od słów "kochany synku" albo "moje najwspanialsze dziecko". A jednak zaczynam w ten sposób, oficjalny, pozbawiony ładunku emocjonalnego. Dlaczego? Przecież wiesz.
Przecież nie jesteś moim synem, a ja nie jestem twoim ojcem. Kim dla ciebie jestem? Kim ty jesteś dla mnie?
Jesteśmy sobie obcy, bo odebrałem nam szansę poznania się. Jednym egoistycznym wyborem zniszczyłem świat trzech osób. Twój, mój i Twojej matki. Aniki.
Właściwie to dlaczego piszę ten list? Przecież i tak nie zamierzam go wysyłać. Nie znam Twojego adresu, a Ty nie znasz mnie. Nigdy nie chciałem Ciebie w moim życiu. Nigdy Ciebie nie planowałem. Jesteś wpadką, przypadkiem, jesteś niechciany. Przynajmniej przeze mnie. Bo Twoja matka przecież kocha Cię nad życie. Poświęciła dla Ciebie swoje życie. Poświęciła dla Ciebie mnie.
Dlaczego piszę ten list? Dlaczego akurat dzisiaj? Jest ósmy sierpnia. Kończysz dzisiaj osiem lat. Osiem lat temu ja przegrałem wszystkie swoje marzenia. Nawet nie przez Ciebie, przynajmniej nie bezpośrednio przez Ciebie. Osiem lat temu, w Londynie, przegrałem marzenia o medalu olimpijskim. A potem było coraz gorzej. Potem przegrywałem wszystko.
Dwa lata później zabrakło mnie w kadrze na Mistrzostwach Świata. Siedziałem przed telewizorem, tak jak teraz, i patrzyłem, jak moi przyjaciele odbierają moje medale i moje nagrody. Miałem tam być. Miałem być tam gwiazdą, tak jak jeszcze dwa lata wcześniej, kiedy wygrywałem Ligę Światową.
Ale wtedy już nie było przy mnie Twojej matki, Aniki. Jedynej osoby, którą kochałem. Nadal kocham. Wtedy nie miałem już nic do stracenia, ale nie miałem też już o co walczyć. Bo Anika zniknęła z mojego życia. Chociaż nie, nie zniknęła. Sam ją z niego wyrzuciłem, wyrzucając z mieszkania, kiedy powiedziała mi o Tobie.
Chciałem być jej rycerzem na białym koniu, okazałem się tylko rycerzykiem w plastikowej zbroi.
Patrzę w telewizor, na ludzi, których znam, jeszcze do niedawna graliśmy razem w kadrze. W większości są młodsi ode mnie, ale przecież nie wszyscy. Miałem tam z nimi być. Nie dostałem tej szansy, bo byłem za słaby, zbyt dumny, zbyt pewny siebie. I zły. Przecież taki też jestem. Po prostu zły.
Nie ma mnie tam, gdzie powinienem być, z moimi przyjaciółmi z boiska. Patrzę w telewizor, znowu oglądam na ekranie, jak oni spełniają moje marzenia. Medal Igrzysk Olimpijskich, który wisi na szyi Dawida, kiedyś mojego zmiennika, teraz podstawowego gracza drużyny. Drużyny, w której już nigdy nie będzie dla mnie miejsca.
Jakby Twoja matka, odchodząc, zabrała ze sobą cały mój talent do tej gry.
Jestem zły i nie zasłużyłem, żeby tam z nimi być, na tym pomarańczowym boisku, ze złotym krążkiem na szyi, z iskrami szczęścia w oczach. Jestem zły i nie zasłużyłem, żeby móc codziennie zasypiać i budzić się obok Twojej matki, obok mojej Aniki.
Przecież ją kocham.
Czy ludzie są źli z natury? Czy jakieś czynniki wpływają na nas, na to, jacy jesteśmy? Czy mogłem coś zmienić, pohamować swój egoizm, być innym, lepszym człowiekiem, siatkarzem, partnerem i ojcem?
A co, jeśli nie ma złych ludzi, co, jeśli jesteśmy tylko marionetkami w czyichś rękach i nie mamy wpływu na własne decyzje? A co, jeśli to zło nie jest złem, tylko słabością, oznaką naszego człowieczeństwa? Może nie jesteśmy źli, może po prostu robimy złe rzeczy i dokonujemy złych wyborów.
Szukam odpowiedzi w nieodłącznej butelce whisky, ale tam ich nie ma. Może Ty potrafiłbyś mi ich udzielić.
Ale przecież Ty nie istniejesz dla mnie, a ja nie istnieję dla Ciebie.
Przecież Ty nie jesteś moim synem, a ja nie jestem Twoim ojcem.
Wszystkiego najlepszego... synku.
Chyba chciałbym mieć szansę Cię poznać.
I odkupić winy.

Twój ojciec. Bartek.

~*~
Przyszedł do mnie Barteczek. Ostatnio rozmawiałam z niezastąpioną Annie o tym, czy ludzie są źli, co to znaczy być złym. I nie przestawałam się zastanawiać, co się z moim Bartkiem mogło stać.
Nie umiem o tym Bartku zapomnieć. 
Annie, dziękuję. Za każdą rozmowę, za Twoje opowiadanie. Za wszystko.

wtorek, 23 lutego 2016

[∞] I won't even say goodbye

Który to już raz w życiu pakuję walizki? Który raz uciekam?
Kolejny raz z tego samego powodu, przez te same, niebieskie oczy Bartka Kurka. Oczy, które teraz przyglądają mi się z zaciekawieniem z twarzy mojego syna.
Rzeszów miał być moją metą, okazał się tylko krótkim przystankiem na drodze. Przystankiem, którego nie chciałam i nie planowałam. Bo miało tu nie być Bartka.
Kacper ściska w dłoni pluszaka, którego dostał kiedyś od Ignaczaka, przygląda mi się z uwagą. Mój mały, mądry, cudowny synek. Moja ostatnia pamiątka po Bartku.
Nie chcę pamiętać, nie chcę przez całe życie wspominać wspólnych chwil, jego słów, jego dotyku. Nie chcę o nim pamiętać, ale przecież nie potrafiłam zapomnieć przez trzy lata, kiedy ja byłam w Warszawie, a on najpierw w Rosji, a potem we Włoszech. Wiem, że nie zapomnę.
Kacper jest śpiący, zmęczony, ale uparcie stoi obok mnie, próbując pomagać i robiąc tylko większy bałagan. Uśmiecham się do niego delikatnie, namawiam go do pójścia spać.
Pyta o wujka Igłę, kiedy znowu będzie mógł się pobawić z nim i jego dziećmi. A ja nie potrafię mu odpowiedzieć, bo przecież Igła nie wie, że właśnie pakuję walizki i uciekam z Rzeszowa.
Uciekam, bo przecież kocham Bartka, a on w ten swój pokręcony, niedojrzały sposób, kocha mnie.
Ale ta miłość przyniosła tylko jedną dobrą rzecz, dała mi syna, Kacperka. A i on wiąże się przecież z cierpieniem.
Uciekam, bo ból tęsknoty wydaje się być łatwiejszy do zniesienia niż ból nienawistnej miłości mojej i Bartka.
Gdzieś się w tym wszystkim zaplątaliśmy, a może ktoś na górze zadecydował, że nigdy nam się nie uda. Nie potrafimy się nie kochać, ale nie potrafimy się nie nienawidzić. Cały paradoks i cały dramat naszej historii chyba właśnie na tym polega. Na tym poplątaniu miłości i nienawiści, których nie potrafimy już rozdzielić.
Uciekam.

Jest wcześnie rano, samochód ojca stoi pod blokiem. Znowu muszę liczyć na pomoc rodziców, znowu wyciągają do mnie dłoń, bez cienia pretensji. Może nawet się cieszą, że będą mieć wnuka blisko siebie.
Uciekam i wracam tam, gdzie moje miejsce, wracam do rodzinnego Bełchatowa. Rzeszów miał być metą, był tylko bolesnym przystankiem. Bełchatów był początkiem. Będzie końcem.
Uciekam. Bez pożegnania, bez ostrzeżenia. Z łzą pod powieką i drżącymi dłońmi zamykam na klucz mieszkanie, na balkonie wisi wielki napis ogłaszający chęć sprzedaży. Pod spodem numer telefonu ojca.
Kolejny raz rzucam studia i pewnie już ich nie ukończę, zajęta Kacprem, zajęta uciekaniem. Bo co, jeśli Bełchatów nie będzie moim finałem?
Kacper siedzi już w samochodzie, w foteliku, trajkocze radośnie, nieświadomy tego, jak wielkie zmiany nadchodzą. Opowiada o kolegach z przedszkola, z którymi przecież już się nie zobaczy. Ranię go, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, a to rani mnie. Ale nie umiem, nie mogę tu zostać. Nie w Rzeszowie, nie w mieście, w którym jest Bartek.
Wystukuję na telefonie doskonale znany sobie numer. Odbiera po kilku sygnałach, wyraźnie zaspany.
– Przepraszam, że cię budzę – mówię cicho. Tłumi ziewnięcie.
– Anika, coś się stało? – pyta. Uśmiecham się smutno. Ignaczak. Przyjaciel.
– Dzięki za wszystko, Krzysiek. – Głos mi drży, drżą mi dłonie. Milczy przez moment, słyszę jego oddech w słuchawce telefonu.
– Anika, ty się żegnasz.
Nie pyta, nie musi. Dobrze mnie zna. Może nawet lepiej niż Bartek.
– Przepraszam, że nie osobiście – dopowiadam.
– Uciekasz.
Tym razem to ja milczę, zamykam oczy, czuję łzy pod powiekami. Trudno uciec, trudno tak wszystko rzucić, spalić mosty. Który to już raz wszystko za moimi plecami płonie?
– Uciekam – potwierdzam. – Kiedyś mnie zrozumiesz, Krzysiek. Mam taką nadzieję.
– Już rozumiem – mówi. – Pozwolisz mi się odwiedzić? Wezmę dzieciaki, Iwonę, Kacper się ucieszy.
– Jasne.
Znowu milczymy.
– Będę za tobą tęsknić, Krzysiek – mówię nagle, impulsywnie. Utrudniam sobie to pożegnanie, utrudniam je też Ignaczakowi.
– Ja za tobą też, Anika – odpowiada. W wyobraźni widzę jego delikatny uśmiech, przyjaciel, przyjaciel, stanął po mojej stronie, kiedy zostałam sama, w nieznanym mieście, kiedy stałam naprzeciw Bartka i nie wiedziałam, co zrobić.
– Muszę uciekać. Muszę.
– Bartek wie? - pyta cicho.
– Nie.
Nie dowie się, nie ode mnie. Kończę rozmowę, wyłączam telefon i wyjmuję z urządzenia kartę SIM.
Jeśli mam uciec, muszę spalić wszystkie mosty. Ignaczak jest jednym z nich.

Nowy numer telefonu, nowe przedszkole Kacpra, nowy dom, nowa praca. Nowa fryzura, obcięte krótko włosy. Wszystko jest nowe.
Bartka nie ma w moim życiu, nigdy nie będzie. Tęsknię, codziennie za nim tęsknię, ale to musiało się tak skończyć. To nie miało prawa się nam udać. Pod poduszką mam pogniecione zdjęcie, stare, sprzed lat. Z Bełchatowa, zrobione pod Energią, Bartek w koszulce klubowej, ja reprezentacyjnej. Rocznica naszego poznania się.
Nie umiem zapomnieć. Nie umiem nie tęsknić.
Ale nie mogę z nim być, nie mogę być w jego okolicy, nie potrafię. Za bardzo boli. Tęsknota jest łatwiejsza niż nienawiść splątana z miłością.
Nienawidzimy się z daleka, on z Rzeszowa, ja z Bełchatowa. Nienawidzimy się i kochamy, nie rozmawiamy, udajemy, że nie istniejemy.
Kacper coraz rzadziej pyta o Sebka, Domi i wujka Igłę. Coraz rzadziej tęskni za Rzeszowem. Ja nie przestaję tęsknić za tymi, których tam zostawiłam. Za tym, co mogłam mieć.
Ale taką podjęłam decyzję, w pełni świadoma konsekwencji. Zrywając kontakt z Ignaczakiem, zostawiając Bartka bez słowa, z dnia na dzień rzucając studia i pracę. Wiedziałam, co robię. Czy żałuję? Częściowo.
Jestem Anika Katarzyna Szcześnik. Mam dwadzieścia siedem lat i czteroletniego syna Kacpra. Kocham człowieka, który kocha mnie. I prawdopodobnie nigdy więcej go nie zobaczę.
Spaliłam za sobą mosty. Uciekłam.

Najbardziej nienawidzę jej za to, jak bardzo ją kocham.
Jestem Bartosz Kamil Kurek. Mam dwadzieścia osiem lat i czteroletniego syna, którego właściwie nie znam i prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczę. Kocham kobietę, która kocha mnie.
Spieprzyłem to, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Przeze mnie Aniki nie ma już w Rzeszowie.
Spaliła za sobą mosty. Uciekła.
Cudem zdobyłem jej nowy numer telefonu, do tej pory z niego nie korzystałem. Dzwonię, w słuchawce cisza i przerywany sygnał.
A potem doskonale znany, tak często słyszany kiedyś głos.
Nienawidzę jej. Ale przecież ją kocham.

She's my angel she's my lover she's my very best friend
I hate her 'cause I love her so I hurt her again

~*~
16.11.2015-10.01.2016
26.11.2015-23.02.2016

Prolog, osiem rozdziałów i epilog. Niby niedużo, niecałe dwa miesiące pisania. Ale jednocześnie dwa miesiące myślenia o Bartku i Anice dzień w dzień, pisania notatek na kolanie w metrze i planowania historii w autobusie do domu.
Prolog, Rycerzyk, który powstał wieki temu, bo 1 grudnia 2012. Tutaj pojawił się praktycznie niezmieniony, mimo że zmienił się mój bohater. Bo Rycerzyk był pisany z myślą o Zbyszku Bartmanie. Później, kiedy przyszło mi do głowy, że mogłabym rozwinąć tę historyjkę, pojawił się w planach Andrzej Wrona.
A potem na Memoriale Ambroziaka zobaczyłam wystawione na licytację zdjęcie Kurka z dzieckiem, z sesji dla Herosów. I Rycerzykiem został Bartek.
Skończyłam pisać w nocy, już w niedzielę, kilkanaście godzin przed tym niesamowitym meczem o trzecie miejsce w Berlinie, przed tym rollercoasterem z piekła do nieba. A potem się cieszyłam, że wywalenie Bartka z kadry to tylko wytwór mojej chorej głowy, bo może mecz wygrał nam Kubiak, ale bez Kurka byłoby ciężko, baardzo ciężko.
Hurt her again, fragment piosenki, którą bezczelnie zgapiłam od  Otfilulu, ale która wpasowała mi się w ideę tej historii. Hurt her again, tytuł tej historii.
W mojej głowie pojawił się w pewnym momencie roboczy tytuł Barteczek i tak już zostało, tak mi pasowało do tego Kurka, niedojrzałego, szczeniackiego, kompletnie nieodpowiedzialnego. Kurek-egoista, taki miał wyjść. Taki był w mojej głowie.
Ta historia miała być dłuższa, ale w pewnym momencie zaczęłam się strasznie męczyć z jej pisaniem, więc musiałam powiedzieć sobie dość, kończymy, robimy papa i lecimy dalej. Nie chciałam przeciągać, walczyć ze sobą, bo pisanie ma być przede wszystkim przyjemnością.
Nie ma słowa "koniec", bo tak naprawdę historia Aniki i Bartka się nie kończy. Co było dalej? Czy Anika odebrała telefon, czy dała Bartkowi kolejną szansę? Nie mam pojęcia. Może odebrała. Może to tylko automatyczna sekretarka. Życie trwa dalej, oni nadal żyją gdzieś w mojej głowie, w Waszych głowach.
Dziękuję za każde odwiedzenie bloga, za każdy komentarz, za sympatię do Bartka i za chęć wytargania go za uszy, za Waszą obecność, Wasze wsparcie i groźby.
Dziękuję wszystkim anonimowym, wszystkim milczącym i wszystkim, którzy zostawili po sobie ślad.
Dziękuję Kam, którą znam już z tej blogowej rzeczywistości od lat, która jest zawsze i od której się zaczęło (Austriacka Kawa, pamiętam♥)
Dziękuję Otfilulu, jeden z tych niedoścignionych wzorów, chciałoby się umieć tak pisać.
Dziękuję Hani z Radomia, która od początku chciała wytargać Kurę za uszy, na co zasługiwał, jakby nie patrzeć.
Dziękuję Annie Kannie, która niesamowicie mnie motywowała do pisania, pomogła zostać, nie rzucić tego w cholerę. Kolejna genialna, mogę tylko zazdrościć talentu.
Dziękuję Wam wszystkim: aguśka, volleystory, marysia, Roksana Podolska, P., volleyheart, Imperfecta, coff, a także każdemu anonimowi, który zostawił po sobie ślad na tym blogu.
Szczególnie chciałam podziękować jeszcze jednej osobie, mojej Kasi, która czytała każdy rozdział z wyprzedzeniem, wspierała mnie w momentach kompletnej pisarskiej blokady, podsuwała pomysły (których i tak nie wykorzystywałam) i przede wszystkim była i jest. Dziękuję, słońce ♥
Żegnam się z Bartkiem i Aniką, nie żegnam się z Wami. Tutaj już kończę, ale zaczynam coś nowego. I po tym Bartku od nowa uczę się pisać.
Deliriously. Michał Kubiak, który oszalał z miłości.
Macham wam radośnie łapką i zapraszam!
Pieczarka, znana też jako Green.

I na koniec, jak to powiedział kiedyś pan Wojciech Drzyzga: "Zły Bartek to dobry Bartek" ;)

piątek, 12 lutego 2016

[08] I hate her cause I love her so I hurt her again

Kiedy się obudziła Bartek już nie spał, leżał obok niej, podpierając głowę o rękę, przyglądając jej się z lekkim uśmiechem na twarzy.
– Dzień dobry – mruknął. Uśmiechnęła się w odpowiedzi.
– Dzień dobry. Kacper śpi? – spytała.
– Chyba tak.
Zmarszczyła brwi, patrząc na siatkarza.
– Chyba? – powtórzyła. Usiadła na łóżku, zasłaniając się cienką kołdrą, nasłuchując odgłosów dochodzących z pokoju syna.
– Jesteś przewrażliwiona i nadopiekuńcza – parsknął Kurek. – Wracaj do mnie. Natychmiast.
Chwycił ją za nadgarstek i pociągnął lekko w swoją stronę. Potrząsnęła głową, wzdychając cicho.
– Zajrzę do niego – mruknęła. – Gdzie moje ciuchy?
Uśmiechnął się, przekrzywiając nieco głowę, siadając obok niej. Pogładził delikatnie miękką skórę na jej nagich plecach, przesuwając palcami wzdłuż linii kręgosłupa.
– Jesteś piękna, Anika – szepnął. – Kocham cię, wiesz?
– Wiem, Bartuś – odparła, rozglądając się za swoimi ubraniami. – Ale muszę sprawdzić, co u Kacpra.
Westchnął cicho, sięgnął za łóżko i rzucił w jej stronę swoją koszulkę, którą poprzedniego wieczora z niego zdjęła. Założyła ją na siebie i zniknęła za drzwiami sypialni, niemal bezszelestnie stawiając bose stopy na panelach.
Opadł na plecy i wbił wzrok w sufit, uśmiechając się lekko do własnych myśli. Miał to, czego chciał, o co walczył. Nareszcie odzyskał Anikę, stracone zaufanie, nareszcie z nią był. Znowu miał prawo do jej ust, spojrzeń, dotyku, chłodnej skóry i gorącego oddechu.
Nie żałował już bójki po alkoholu, nie żałował braku powołania do kadry i zawieszenia w klubie, bo odzyskanie Aniki wynagrodziło mu to wszystko. A przecież to wtedy zrozumiał, upewnił się w przekonaniu, że go kochała. Wtedy, w szpitalu, kiedy była wściekła, ale też przerażona, kiedy chciała mu przyłożyć, a potem delikatnie pogłaskać rany. Może cały czas go nienawidziła. Ale przecież też go kochała.
Wiedział, że zawiódł trenera, kolegów z drużyny, zawiódł kibiców, bo miał poprowadzić reprezentację do zwycięstwa w turnieju w Berlinie. Wybrał inną drogę, niekoniecznie świadomie. W jakiś sposób wybrał Anikę, bo wybrał tę szczeniacką walkę o nią. Szczeniacką, ale przecież zwycięską.
Pojawiła się znowu w progu pokoju, opierając o framugę drzwi, odgarnęła jasne włosy z twarzy. Wyglądała jak anioł, zwyczajny, bo bez skrzydeł, ale była piękna, mimo wszystkich niedoskonałości swojego ciała dla niego była idealna. Bo nareszcie ją miał.
Usiadł na łóżku, uśmiechając się, przekrzywiając nieco głowę.
– Śpi jeszcze – powiedziała półgłosem.
– To chodź do mnie – odparł, unosząc lekko brwi. Zaśmiała się cicho, pokręciła głową, jasne włosy znowu opadły na twarz.
– Mały niedługo wstanie, muszę mu wymyślić jakieś śniadanie – mruknęła. – I nam. Zrobię kawę.
Wycofała się, zniknęła za drzwiami. Westchnął cicho.
Nagle uświadomił sobie, że przecież nigdy już nie będzie tak, jak było w Bełchatowie, bo tam nie było Kacpra. Tam było łatwiej, bo nie było trzylatka, którym trzeba się zająć, na którego trzeba uważać. Tam Anika była tylko jego. Tu, w Rzeszowie, musiał się nią dzielić z dzieckiem, ich dzieckiem. I wcale nie chciał się dzielić.

Telefon zawibrował w kieszeni jej dżinsów. Podniosła się z podłogi, odruchowo głaszcząc po głowie bawiącego się na dywanie Kacpra i spojrzała na Kurka przyglądającego się jej z kanapy.
– Bartek, zerknij na niego – poprosiła, wychodząc z pokoju.
Odebrała, nie zerkając nawet na wyświetlacz.
– Słucham? – rzuciła.
– Anika, skarbie... przyjedź do domu. – Głos ojca, chwiejny, rozedrgany. Zadrżała.
– Co się stało? – spytała cicho.
– Mama jest w szpitalu, coś z sercem... robią jej badania... Anuś, przyjedź, proszę.
– Będę najszybciej jak się da – obiecała. Zakończone połączenie. Serce biło jej zdecydowanie zbyt szybko.
Oparła się plecami o ścianę, przymknęła powieki, oddychając ciężko, jak po przebiegnięciu maratonu. Strach ogarniał każdą komórkę jej ciała, wypełniał szczelnie jej umysł. Bartek stanął w progu pokoju, przyglądając jej się z uwagą.
– Anika, co się stało? – spytał. Otworzyła oczy, spojrzała na niego.
– Mój samochód stoi pod blokiem, prawda? – rzuciła cicho. Uniósł brwi, nie rozumiejąc, o co jej chodziło.
– Chyba... chyba tak, ale... ANIKA! – wrzasnął, kiedy ona drżącymi dłońmi zaczęła upychać dokumenty w kieszeniach spodni. Zatrzymała się, zamarła, spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
– Co ty, do cholery, robisz? – zapytał. – Co się stało?
– Mama jest w szpitalu – wyszeptała. – Muszę jechać do domu, do Bełchatowa.
Pokręcił głową, podszedł do niej, chwycił mocno za ramiona.
– Nigdzie nie pojedziesz w takim stanie, Anika – powiedział ostro. – Jadę z tobą, Kacpra podrzucimy Ignaczakom...
– Nie – przerwała mu. – Pojadę sama, dam radę. Muszę tam być. A ty... raczej nie chcesz się spotykać z moimi rodzicami po tym... po tym wszystkim. Zostań z Kacprem.
Odwrócił się, spoglądając na chłopca nadal bawiącego się na dywanie. Powoli, nie do końca świadomie, pokiwał głową.
– Jeśli chcesz ze mną być, Bartek, to musisz nauczyć się być z małym – mruknęła. Zdjęła z wieszaka kurtkę i narzuciła ją na siebie.
– Anika, ale...
– Dzwoń, jakby coś się działo.
Trzasnęła drzwiami, zbiegła po schodach.
Został sam z Kacprem i nie miał pojęcia, co zrobić.

Nie zdążyła przejechać nawet pięćdziesięciu kilometrów, kiedy telefon, rzucony na siedzenie pasażera, zaczął dzwonić, uparcie wygrywając irytującą, fabryczną melodyjkę. Znowu telefon ojca. Zjechała na pobocze, odebrała, usiłując powstrzymać drżenie dłoni.
– Tak?
– Anuś, przepraszam cię strasznie, z mamą już wszystko w porządku.
Ulga, niemożliwa do opisania. Oparła czoło o kierownicę, oddychając głęboko.
– W porządku? - powtórzyła cicho.
– Tak, właśnie zbieramy się do domu – odparł ojciec. – Mama miała bóle w klatce piersiowej, baliśmy się, że to zawał, szczególnie że wiesz, w rodzinie mamy były problemy z sercem. Wezwaliśmy karetkę, zabrali ją do szpitala, ale po badaniach okazało się, że to tylko nerwobóle. Dostała jakieś leki, ale wszystko jest w porządku.
– Chryste... – jęknęła.
– Przepraszam, Anuś, że cię tak nastraszyłem, ale...
– Ale sam się bałeś – dokończyła za ojca. – Nie przepraszaj, przestań, tato.
– Jesteś z Kacprem? – spytał. Zawahała się, przygryzła wargi.
– Jestem w drodze do Bełchatowa – odparła. – Mały... mały został pod dobrą opieką.
– Wracaj do domu, do synka, Anika – usłyszała w słuchawce. – Nie martw się. I przepraszam, że narobiłem takiego zamieszania.
Westchnęła cicho.
– Na razie, tato. Trzymaj się.
– Trzymaj się, córciu.
Zakończone połączenie, lekko ośnieżona droga przed nią, taka sama za jej plecami. Mogła się wycofać, mogła jechać naprzód, jak w życiu. Mogła próbować być z Bartkiem, wracać do tego, co mieli w Bełchatowie albo tworzyć coś nowego w Rzeszowie. Mogła też od niego znowu uciec, starając sie chronić siebie i Kacpra przed bólem, przed ranami, przed kolejnym odrzuceniem. Mogła iść naprzód, mogła się cofać. Mogła wszystko.
Zastanawiała się, czy robiła dobrze, dając jeszcze jedną szansę Kurkowi. Przez głowę przemknęła jej myśl, że Bartek właśnie zdawał egzamin z ojcostwa. I po powrocie do Rzeszowa miała wystawić mu ocenę.

Zaniepokoiły ją ciemne okna w jej własnym mieszkaniu. Zamknęła samochód i pobiegła do domu, przeskakując po dwa stopnie na klatce schodowej. Drzwi były zamknięte. Wygrzebała w kieszeni klucze i weszła do przedpokoju, rozglądając się nerwowo.
– Bartek? – rzuciła niepewnie. Odpowiedziała jej cisza. Zapaliła światło w przedpokoju.
Na lustrze wisiała żółta, samoprzylepna karteczka, odręczne pismo, znajome.
Jestem u siebie, Kacper u Igły. B.
Zacisnęła dłonie w pięści, ze złością rzuciła klucze na szafkę. Telefon zadzwonił w kieszeni spodni.
– Anika, Kacper jest u mnie. – Ignaczak nie czekał na jakiekolwiek przywitanie. – Odstawił go tu Bartek, ubranego zresztą jakby był maj, nie grudzień, w jakiejś cienkiej kurtce i trampkach, nie wiem, skąd on wytrzasnął dla niego te ciuchy.
– Krzysiek... – jęknęła. – Dlaczego? Dlaczego on jest u was, nie z nim?
Oparła czoło o zimną taflę lustra, zamykając oczy. Czuła łzy pod powiekami.
Znowu ją zawiódł, znowu nie zdał egzaminu.
– Właściwie to zostawił go na wycieraczce. – Głos Ignaczaka wyraźnie drżał od tłumionego gniewu. – Szczeniak zadzwonił do drzwi, powiedział Iwonie, że nie umie zajmować się dziećmi, wepchnął małego do środka i zniknął. Anika, kurwa mać, jeśli się zastanawiałaś, czy on się nadaje na ojca, to teraz masz chyba odpowiedź. Ostrzegałem cię.
– Wiem – szepnęła. – Wiem, Krzysiek. Przepraszam. Możesz... możesz jeszcze przez jakiś czas zająć się Kacprem? Muszę wyjaśnić jedną rzecz.
– Wyślę ci esemesem jego adres – odparł siatkarz.
Rozłączyła się bez słowa. Drżała, łzy płynęły po jej policzkach.
Cios prosto w brzuch, niespodziewany, nagły i mocny.
Zawiódł, na całej linii. Po raz kolejny.

Dzwonek do drzwi, natarczywe pukanie, coraz głośniejsze, uderzenia pięścią. Niechętnie podniósł się z kanapy, odstawiając szklankę z whisky na stolik.
Czekał na telefon od Aniki, jakąkolwiek wiadomość, czy dojechała do Bełchatowa, kiedy wróci, co właściwie się wydarzyło.
Stała w drzwiach, w niezapiętej kurtce, z płatkami śniegu wciąż widocznymi na jej jasnych włosach.
– Anika?
Wpatrywała się w niego, patrzyła mu prosto w oczy, z zimną wściekłością.
– Nienawidzę cię – wycedziła. – Jak mogłeś, kurwa mać, podrzucić Kacpra do Igły? Jak mogłeś?
Zamachnęła się, chcąc uderzyć go w policzek, odruchowo złapał ją za nadgarstek.
– Anika, uspokój się, cholera jasna – syknął. Pociągnął ją w swoją stronę, wciągając do mieszkania i zamykając za nią drzwi.
– Mam się uspokoić? – spytała cicho– - Więc sobie wyobraź, że jestem spokojna. Jestem spokojna, bo mam odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. I teraz wiem, że Krzysiek miał rację. Nie nadajesz się na ojca, nie nadajesz się na partnera. Jesteś gówniarzem, Bartek. I nigdy nie dorośniesz.
– Krzysiek, znowu Krzysiek – prychnął. – Naprawdę, chyba Iwona powinna lepiej go pilnować, wyraźnie się polubiliście, co?
Tym razem nie zdążył zareagować, policzek zapiekł ostrym bólem. Miała łzy w oczach, ale patrzyła na niego twardo.
– Zapomnij o mnie – powiedziała zimno. – Że kiedykolwiek istniałam. Dzisiaj pogrzebałeś wszystkie swoje szanse.
Zacisnął jej dłonie na ramionach, popchnął na drzwi.
– Kocham cię, Anika – warknął.  – A ty kochasz mnie.
Pocałował ją, nagle, przyciskając całym swoim ciałem do drzwi za jej plecami, przesuwając dłonie na kark, gładząc palcami zaczerwieniony od mrozu policzek.
Odpowiedziała na pocałunek, w pierwszym momencie chciała znowu pozwolić mu wrócić, znowu dać mu wszystko, czego tylko chciał. A potem przypomniała sobie kartkę na lustrze, rozmowę z Ignaczakiem, przypomniała sobie, dlaczego tu przyjechała, co zrobił.
Odwróciła głowę, odepchnęła go. Oddychał głęboko, patrząc na nią z góry, przekrzywiając lekko głowę.
– Kochasz mnie – powtórzył.
– Kocham – potwierdziła cicho. – Ale bardziej cię nienawidzę.
Jasne włosy, trzaśnięcie drzwiami, cisza. Spieprzył.
Wszystko spieprzył.

Kacper spał w pokoju syna Ignaczaków, przyciskając do siebie starego pluszaka Dominiki. Obserwowała go, stojąc w progu, na przemian zaciskając i rozluźniając pięści.
– Anika? – Cichy, niepewny głos siatkarza za plecami. Odwróciła się, mrugając zawzięcie, próbując pozbyć się łez.
– Wiem, że płaczesz.
Uśmiechnęła się blado.
– Dzięki, że się nim zajęliście – szepnęła.
– Nie ma o czym mówić. Anika, ja...
– To koniec – urwała. – Z Bartkiem to koniec, Krzysiek. I wiem, że on mnie kocha, a ja kocham jego. Ale on nie nadaje się na ojca, a ja teraz chyba bardziej go nienawidzę.
Zamilkła, spojrzała z powrotem na syna.
Na moment zapomniała, że to on powinien być jej priorytetem, zapomniała, jaki jest Kurek. Skupiła się na tym, czego chciała sama.
A w tamtym momencie, stojąc w domu Ignaczaka, patrząc na śpiącego chłopca, obiecywała sobie w myślach, że nigdy więcej o tym nie zapomni.
Kochała Kurka, a Kurek kochał ją. Ale bardziej się nienawidzili, niż kochali.
Nadszedł czas  palenia mostów.

~*~
Ależ ja to spieprzyłam.
Brawo Kurek, gdyby mu za bardzo koledzy z Resovii nie przeszkadzali, toby sam wygrywał wszystkie mecze. Zdolniacha.
Edit: jak ktoś nie widział, nie czytał, to zachęcam: Mateusz Bieniek dla echodnia
Przy jego hobby popłakałam się ze śmiechu

wtorek, 2 lutego 2016

[07] I believe, I believe there's love in you

Właściwie to nie wiedziała, dlaczego się zgodziła.
Bartek praktycznie wymógł na niej obietnicę, że da mu szansę. że spróbuje z nim być.
Zawsze mu ulegała.
Rozmawiała z nim szeptem, wtulając twarz w poduszkę w gościnnym pokoju Ignaczaka, modląc się, żeby nikt jej nie usłyszał. Bo przecież podświadomie wiedziała, że jeszcze będzie tego żałować.
Kacper spał z Sebastianem w pokoju, zapatrzony w starszego syna Krzyśka jak w obrazek. Uwielbiał rodzinę siatkarza, uwielbiał bawić się z jego dziećmi, a za samym Igłą wprost przepadał. Miał z nim zdecydowanie lepszy kontakt niż z Kurkiem, niż z własnym ojcem.
Rozmawiała z Bartkiem, obiecując mu, że da mu szansę, że spróbuje mu zaufać, że przestanie przed nim uciekać. Bo przecież go kochała, mimo strachu, bólu, złych wspomnień i nienawiści. Kochała go, a on kochał ją.
Gdyby to była bajka albo kolejna infantylna komedia romantyczna, wszystko skończyłoby się dobrze, a oni żyliby długo i szczęśliwie. Ale przecież życie nie było bajką, wielokrotnie im to udowadniało. Udowodniło jej to, kiedy Bartek na wieść o ciąży wyrzucił ją z domu. W filmach przecież wyglądało to zupełnie inaczej; gdyby ich życie było filmem, Bartek na wieść o dziecku ucałowałby Anikę, przytulił ją, zaczął mówić do brzucha. Planowałby, jak umeblują pokój ich synka, kupowałby ubranka i tłumaczył dziecku zasady siatkówki. Ale to nie był film. To była zwykła, smutna, bolesna rzeczywistość.
Chciała dać mu szansę, chciała, żeby tym razem im się udało. Nienawidziła go? Cały czas. Ale przecież jednocześnie nie przestawała go kochać.
Nie potrafiła się z niego wyleczyć, zapomnieć, nie potrafiła przestać o nim myśleć. Starała się, ze wszystkich sił, próbowała przywoływać się do porządku, kiedy patrzyła na swojego synka i wiedziała, że powrót Bartka mógłby go skrzywdzić, ale nie była w stanie nie kochać Kurka. Zbyt mocno wrył się w jej życie, jakby miała jego imię wytłoczone pod czaszką. Rytm serca niczym rytm tego imienia, Bartek, Bartek, Bartuś.
Kochała go.
Na początku, na pierwszej stronie ich opowieści, wszystko jawiło się przecież w tak jasnych barwach. Przyszłość była nieznaną, ale taką, której oczekuje się z podekscytowaniem, nie ze strachem. Pojawienie się Kacpra zmieniło wszystko.
Usłyszała ciche kroki bosych stópek na drewnianej podłodze. Jej synek zatrzymał się obok łóżka, na którym leżała, na wysokości jej twarzy.
– Co się stało, kochanie? – spytała łagodnie. – Miałeś zły sen?
Maluch potrząsnął głową.
– Nie, kocham cię, mamusiu, baldzo i mocno – wyseplenił. Uśmiechnęła się.
– Chcesz ze mną spać? – zapytała. Potwierdził, gramoląc się na łóżko.
Po chwili już spał, oddychając spokojnie, tuż obok niej. Priorytet.
Tak bardzo się bała, o siebie, o Kacpra, o ich przyszłość. Ale nie umiała odmówić Bartkowi, już nie.
Może po prostu kochała sposób, w jaki ją ranił.

Obiecała. Obiecała, że da mu jeszcze jedną szansę, przyznała, że go kocha. Ona obiecała, że jeszcze raz spróbuje, on obiecywał, że więcej jej nie zrani, że będzie dobrze, że on będzie dobry, dla niej i dla Kacpra, ich synka.
Bał się? Jak cholera, cały czas się bał, bo nigdy nie chciał dzieci. Nie czuł się wystarczająco dorosły, dojrzały, odpowiedzialny, nie czuł się gotowy. Ale przecież to dziecko już było, istniało, patrzyło na niego niebieskimi oczami, uśmiechało się ufnie i zabawnie sepleniło, wymawiając jego imię i nazwisko jako Baltek Tulek.
Bał się, ale Kacper był jedyną drogą do Aniki.
Przecież ją kochał, przecież tylko tego chciał, odkąd zobaczył ją na placu zabaw. Odzyskać ją.
Wpatrywał się w jaśniejszy zarys okna na czarnej w mroku ścianie, mechanicznie bawiąc się trzymanym w dłoniach telefonem. Znowu nie mógł zasnąć, znowu bezsenność, głowa wypełniona myślami o Anice.
Wiadomość, krótka, pozornie bez większych emocji, ale przecież ją znał, przecież wiedział, ile musiało ją to kosztować.
Niedługo święta, masz plany?
Uśmiechnął się delikatnie, wystukując jej numer na klawiaturze telefonu.
– Bartuś, nie mogę rozmawiać, Kacper śpi ze mną. – Jej szept, przez chwilę słuchał tylko jej oddechu.
– Chciałem cię usłyszeć – odparł, odruchowo ściszając głos. Milczała przez moment, oczami wyobraźni widział jej delikatny uśmiech.
– To jak, masz plany na te święta? – spytała. – Bo my z Kacprem zostajemy w Rzeszowie, i pomyślałam...
Zawahała się, znowu uświadomił sobie, jak bardzo się bała, że znowu ją skrzywdzi. On też się bał. Znał siebie doskonale i dlatego się bał.
– Też zostaję tutaj – powiedział. – Mam duże mieszkanie, możecie...
– Nie – przerwała mu. – Kacper będzie się lepiej czuł w znanym sobie miejscu. Ale... jeśli masz czas i ochotę... mógłbyś przyjść.
Ciemność za oknem, sypialnia w jego mieszkaniu pogrążona w mroku, jaśniejszy prostokąt okna odcinający się od czerni. Uśmiechnął się do własnych myśli.
– Chętnie – mruknął. – Dzięki.
– Muszę kończyć, bo obudzę małego – szepnęła. – Bartuś...
Wahała się, jakby chciała mu powiedzieć to, co sam przecież wiedział. Ale czekał na to, na te kilka słów, które kiedyś przychodziły im z taką łatwością.
– Kocham cię, Anika – powiedział, przerywając ciszę. Zdawało mu się, że się uśmiechnęła, gdzieś z drugiej strony Rzeszowa, w tak samo ciemnej sypialni.
– Ja ciebie też, Bartuś.
Szept, połączenie zerwane, zanim zdążył się pożegnać. Starała się dystansować, bała się. Uciekała.
A mimo to postanowiła spróbować raz jeszcze, dać mu szansę. Zastanawiał się, czy ze względu na samego Bartka, czy kierowało nią tylko przekonanie, że ich syn powinien mieć ojca. Miał cichą, nie do końca sformułowaną w jego głowie nadzieję, że nie chodziło jej o Kacpra. Że chciała być z nim, z Bartkiem, że nagle stała się egoistką i myślała o sobie, swojej tęsknocie za nim i miłości.
Bo on przecież był egoistą i najbardziej chciał w swoim życiu Aniki. Chciał, żeby znów była tylko jego.

Telefon zawibrował na stoliku. Zerknęła na ekran, odczytując imię Ignaczaka. Spojrzała szybko na Kacpra, upewniając się, że chłopiec spokojnie i bezpiecznie bawi się pluszakiem.
– Tak? – rzuciła do słuchawki.
– Anika, jesteś pewna, że nie chcesz przyjść do nas na Wigilię? – zapytał siatkarz. Uśmiechnęła się lekko. Namawiał ją do tego od ponad dwóch tygodni, bez skutku.
– Tak, Krzysiek – odparła. – To rodzinne święta, a ja nie jestem waszą rodziną. Poza tym mieliście chyba jechać do Wałbrzycha – przypomniała. Usłyszała ciche westchnięcie.
– Rodzice stwierdzili, że mają dość przygotowań i potem sprzątania, jadą na tydzień do Kościeliska, bo mamie zawsze marzyły się góralskie święta, z widokiem na Giewont i tak dalej – wyjaśnił. – A poza tym masz rację, nie jesteś rodziną, bo rodziny się nie wybiera, a ja ciebie wybrałem – zaśmiał się. – Anika, przecież wiem, że nie jedziesz do domu, do Bełchatowa.
– Nie jadę – potwierdziła.
Drgnęła, słysząc pukanie do drzwi. Kacper podniósł głowę i spojrzał z zainteresowaniem na matkę.
– Wujek psyset? – spytał, sepleniąc. Uśmiechnęła się, wstając z kanapy.
– Tak, słonko, wujek – potwierdziła, zasłaniając dłonią mikrofon w telefonie.
– Masz gości? – usłyszała w słuchawce telefonu. Niepokój w głosie Ignaczaka. Przecież nie powiedziała mu, że przełamała strach, że postanowiła dać Kurkowi jeszcze jedną szansę.
– Jednego – odparła niechętnie, przytrzymując słuchawkę ramieniem. – Właśnie przyszedł. Cześć, Bartek – rzuciła, otwierając drzwi. Siatkarz stał w progu, w dłoniach trzymając sporą, wypełnioną po brzegi torbę.
– Bartek? – powtórzył Ignaczak. Oczyma wyobraźni widziała, jak zagryza wargi, zaciska mocniej palce na telefonie. – Anika, co ty robisz? Jesteś pewna, że...
– Zaufaj mi, nie martw się – przerwała mu. – Muszę kończyć. Wesołych świąt, Krzysiek.
– Wesołych świąt, Anika – odparł. – Trzymaj się. I dzwoń.
Zakończyła połączenie, wcisnęła telefon do tylnej kieszeni dżinsów, uśmiechając się niepewnie do stojącego przed nią siatkarza.
– Nie zdążyłam się przebrać, miałeś być później – mruknęła. Uśmiechnął się szeroko, pochylił, pocałował delikatnie w policzek. Zarumieniła się.
– Wiem, że jeszcze nie ubrałaś choinki – powiedział. – Pomyślałem, że pomogę, wreszcie się do czegoś przydam ze swoimi dwoma metrami.
– Właściwie to nawet nie mam jeszcze choinki – odparła. Spojrzał na nią, przekrzywiając lekko głowę. – Zdejmij kurtkę, spocisz się i potem przeziębisz.
– Martwisz się o mnie? – spytał, unosząc lekko brwi. – Choinkę też kupiłem. Stoi na klatce schodowej.
– Dzięki – szepnęła. Odwróciła się, ale chwycił ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Patrzyła mu prosto w oczy, trochę wystraszona, trochę zadowolona z jego obecności.
– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie – zauważył. Delikatnie przejechał palcami po jej policzku, wargach, podbródku. Zadrżała.
– Martwię – szepnęła. – Powinieneś to już wiedzieć.
– Zawsze miło to usłyszeć – odparł. Pocałował ją, delikatnie, przelotnie, obiecując sobie w myślach, że w te święta wreszcie dostanie znacznie więcej.
– Bartek... – jęknęła.
– Wracam po choinkę, ty to gdzieś schowaj, prezenty dla Kacpra – powiedział, wręczając jej torbę. Była wyjątkowo ciężka. Odwrócił się i wyszedł z mieszkania.
Za plecami usłyszała kroki drobnych stópek na kafelkach.
– Kto psyset? – spytał jej synek. Uśmiechnęła się, kucając obok chłopca.
– Bartek – powiedziała. – Zaraz wróci, przyniósł nam choinkę, razem ją ubierzemy. Biegnij się bawić.
– Baltek Tulek? – upewnił się maluch. Zaśmiała się, kiwając głową.
– Tak, Bartek Kurek – potwierdziła. Chłopiec uśmiechnął się z zadowoleniem i wrócił do pokoju, do swojej armii pluszaków i klocków. – Twój tatuś – dodała cicho.

Obserwowała z uśmiechem Kurka, który usiłował zamocować choinkę w stojaku, nie robiąc przy tym krzywdy ani sobie, ani towarzyszącemu mu dzielnie Kacprowi.
– Baltek, pobaw się w powtoly! – zażądał nagle maluch. Siatkarz spojrzał z rozpaczą na jego matkę, wyglądając zza gałęzi rozłożystej jodły.
– Anika, ratuj – jęknął. – Albo potwory, albo choinka, mały – dodał, wykręcając nienaturalnie wręcz szyję, żeby spojrzeć na chłopca. – Tylko ją obsadzę i pomożesz mi ją ubierać, dobra?
– Dobla, Baltek.
Zaśmiała się cicho.
– Radzisz sobie świetnie, Baltek – rzuciła, nie wstając z kanapy. Spojrzał na nią z wyrzutem, wychylając głowę przez gałązki drzewka.
– Anika, jesteś okrutna – mruknął. Pokręciła tylko głową z dezaprobatą.
Spokój, ciche dźwięki kolęd płynących z głośników radia, śmiech jej syna i westchnięcia Bartka walczącego z choinką. Po raz pierwszy od dawna właściwie nie czuła strachu, który towarzyszył jej niemal nieustannie, odkąd dowiedziała się o ciąży. Po raz pierwszy od dawna nie bała się tego, co wydarzy się za chwilę, nie bała się Bartka, nie bała się o swojego syna, bo nagle wszystko było dobrze. Nagle wyglądali jak rodzina.
Nawet, jeśli Kacper nie rozumiał tego wszystkiego, bo był za mały, a Kurek był nadal tylko dobrym wujkiem, czuła błogi spokój, kiedy obserwowała siatkarza ubierającego choinkę z chłopcem. Bo przecież tak właśnie powinno wyglądać jej życie.
Tak bardzo chciała wierzyć, że im się ułoży, że powoli wypracują jakiś kompromis, znajdą wyjście z każdej sytuacji, że w końcu ona przeprowadzi się do Kurka albo Kurek do niej, że Kacper nie będzie do niego mówił po imieniu ani wujku, że będzie nazywał go tak, jak powinien. Tato.
Uśmiechała się, kiedy Bartek podnosił ich syna, by maluch mógł założyć gwiazdę na czubek choinki i zaczepić bombki na najwyższych gałęziach. Uśmiechała się, kiedy chłopiec rozrywał papier na kolejnych prezentach kupionych przez siatkarza, tym razem odpowiednich dla jego wieku, kiedy śmiał się głośno, z zachwytem patrząc na zabawki, rzucając się Bartkowi na szyję. Uśmiechała się, bo nareszcie było dobrze.

Opadła z westchnieniem na kanapę, odgarniając z twarzy jasne włosy.
– Zasnął nareszcie – mruknęła. – Nie mógł przestać gadać o tych nowych zabawkach. Swoją drogą, Bartek, niepotrzebnie wydawałeś tyle pieniędzy. Prezenty, choinka... nie musiałeś.
– Ale chciałem – odparł, uśmiechając się lekko, przekrzywiając zabawnie głowę i przyglądając jej się z uwagą. – Dla ciebie też coś mam – dodał. Zarumieniła się lekko.
– Ale ja nic nie mam dla ciebie, Bartek... – jęknęła.
Potrząsnął głową, podnosząc się z fotela i siadając obok niej.
– Nieważne, wystarczy, że mnie zaprosiłaś – powiedział. Wyjął z kieszeni nieduże, podłużne pudełeczko przewiązane na środku wąską tasiemką. – Otwórz – polecił.
Posłusznie odpakowała prezent, drżącymi palcami rozwiązując wstążkę. Zobaczyła delikatną, cienką bransoletkę wysadzaną małymi kryształkami.
– Była droga, prawda? – spytała cicho. – Bartek, naprawdę, nie powinieneś...
Uciszył ją, kładąc jej palec na wargach.
– Podoba ci się? Po prostu pokiwaj głową, jeśli tak.
Przytaknęła niepewnie, a jego twarz rozjaśnił triumfalny uśmiech. Wyjął bransoletkę z pudełka i ostrożnie zapiął na chudym nadgarstku blondynki.
– Dziękuję – szepnęła, nieświadomie bawiąc się guzikiem swojej koszuli w kratę. Czuła na sobie uważne spojrzenie Kurka.
– Kiedyś częściej nosiłaś sukienki – zauważył. – Lubiłem cię w sukienkach.
– Kiedyś nie miałam trzyletniego syna – odparła. Uśmiechnął się lekko, przekrzywiając głowę. Chwycił ją za podbródek i zmusił do spojrzenia mu prosto w oczy.
Przecież ją kochał, i o to walczył, od momentu, w którym spotkał ją w Rzeszowie, pierwszy raz od lat. Do tego dążył, niemalże za wszelką cenę. Do prawa do dotyku jej ust, spojrzenia jej oczu, do splecionych dłoni i jej gorącego oddechu tuż przy jego uchu. Dążył do tego i wreszcie to osiągnął.
Pocałował ją, delikatnie muskając wargami jej usta, powoli rozpinając guziki jej koszuli. Nie protestowała, odpowiedziała na pocałunek, zaplątała mu palce we włosy, przyciągając do siebie. Pozwalała mu na wszystko, czego chciał, na dotyk, na pocałunki, uśmiechając się do niego w półmroku pokoju, gładząc opuszkami palców jego twarz, za którą tak przez te lata tęskniła.
– Nareszcie cię mam – wymruczał jej do ucha, biorąc ją na ręce. Zaniósł ją do sypialni, ostrożnie, tak, by nie robić hałasu, by nie obudzić śpiącego w swoim pokoju Kacpra. A potem zagłuszał jej westchnienia pocałunkami, potem dokładnie badał każdy skrawek jej ciała, sprawdzając, co zmieniło się przez te lata, potem powoli i z namaszczeniem odbierał to, co przecież mu się należało.
Bo Anika była jego i kochał ją.

~*~
Ferie? W moim przypadku raczej nauka do poprawy zawalonego egzaminu, ale to szczegół.
Bliżej końca niż dalej, matko.