Który to już raz w życiu pakuję walizki? Który raz
uciekam?
Kolejny raz z tego samego powodu, przez te same,
niebieskie oczy Bartka Kurka. Oczy, które teraz przyglądają mi się z
zaciekawieniem z twarzy mojego syna.
Rzeszów miał być moją metą, okazał się tylko krótkim
przystankiem na drodze. Przystankiem, którego nie chciałam i nie planowałam. Bo
miało tu nie być Bartka.
Kacper ściska w dłoni pluszaka, którego dostał kiedyś od
Ignaczaka, przygląda mi się z uwagą. Mój mały, mądry, cudowny synek. Moja
ostatnia pamiątka po Bartku.
Nie chcę pamiętać, nie chcę przez całe życie wspominać
wspólnych chwil, jego słów, jego dotyku. Nie chcę o nim pamiętać, ale przecież
nie potrafiłam zapomnieć przez trzy lata, kiedy ja byłam w Warszawie, a on
najpierw w Rosji, a potem we Włoszech. Wiem, że nie zapomnę.
Kacper jest śpiący, zmęczony, ale uparcie stoi obok mnie,
próbując pomagać i robiąc tylko większy bałagan. Uśmiecham się do niego
delikatnie, namawiam go do pójścia spać.
Pyta o wujka Igłę, kiedy znowu będzie mógł się pobawić z
nim i jego dziećmi. A ja nie potrafię mu odpowiedzieć, bo przecież Igła nie
wie, że właśnie pakuję walizki i uciekam z Rzeszowa.
Uciekam, bo przecież kocham Bartka, a on w ten swój
pokręcony, niedojrzały sposób, kocha mnie.
Ale ta miłość przyniosła tylko jedną dobrą rzecz, dała mi
syna, Kacperka. A i on wiąże się przecież z cierpieniem.
Uciekam, bo ból tęsknoty wydaje się być łatwiejszy do
zniesienia niż ból nienawistnej miłości mojej i Bartka.
Gdzieś się w tym wszystkim zaplątaliśmy, a może ktoś na
górze zadecydował, że nigdy nam się nie uda. Nie potrafimy się nie kochać, ale
nie potrafimy się nie nienawidzić. Cały paradoks i cały dramat naszej historii
chyba właśnie na tym polega. Na tym poplątaniu miłości i nienawiści, których
nie potrafimy już rozdzielić.
Uciekam.
Jest wcześnie rano, samochód ojca stoi pod blokiem. Znowu
muszę liczyć na pomoc rodziców, znowu wyciągają do mnie dłoń, bez cienia
pretensji. Może nawet się cieszą, że będą mieć wnuka blisko siebie.
Uciekam i wracam tam, gdzie moje miejsce, wracam do
rodzinnego Bełchatowa. Rzeszów miał być metą, był tylko bolesnym przystankiem.
Bełchatów był początkiem. Będzie końcem.
Uciekam. Bez pożegnania, bez ostrzeżenia. Z łzą pod
powieką i drżącymi dłońmi zamykam na klucz mieszkanie, na balkonie wisi wielki
napis ogłaszający chęć sprzedaży. Pod spodem numer telefonu ojca.
Kolejny raz rzucam studia i pewnie już ich nie ukończę,
zajęta Kacprem, zajęta uciekaniem. Bo co, jeśli Bełchatów nie będzie moim
finałem?
Kacper siedzi już w samochodzie, w foteliku, trajkocze
radośnie, nieświadomy tego, jak wielkie zmiany nadchodzą. Opowiada o kolegach z
przedszkola, z którymi przecież już się nie zobaczy. Ranię go, doskonale zdaję
sobie z tego sprawę, a to rani mnie. Ale nie umiem, nie mogę tu zostać. Nie w
Rzeszowie, nie w mieście, w którym jest Bartek.
Wystukuję na telefonie doskonale znany sobie numer.
Odbiera po kilku sygnałach, wyraźnie zaspany.
– Przepraszam, że cię budzę – mówię cicho. Tłumi
ziewnięcie.
– Anika, coś się stało? – pyta. Uśmiecham się smutno.
Ignaczak. Przyjaciel.
– Dzięki za wszystko, Krzysiek. – Głos mi drży, drżą mi
dłonie. Milczy przez moment, słyszę jego oddech w słuchawce telefonu.
– Anika, ty się żegnasz.
Nie pyta, nie musi. Dobrze mnie zna. Może nawet lepiej
niż Bartek.
– Przepraszam, że nie osobiście – dopowiadam.
– Uciekasz.
Tym razem to ja milczę, zamykam oczy, czuję łzy pod
powiekami. Trudno uciec, trudno tak wszystko rzucić, spalić mosty. Który to już
raz wszystko za moimi plecami płonie?
– Uciekam – potwierdzam. – Kiedyś mnie zrozumiesz,
Krzysiek. Mam taką nadzieję.
– Już rozumiem – mówi. – Pozwolisz mi się odwiedzić?
Wezmę dzieciaki, Iwonę, Kacper się ucieszy.
– Jasne.
Znowu milczymy.
– Będę za tobą tęsknić, Krzysiek – mówię nagle,
impulsywnie. Utrudniam sobie to pożegnanie, utrudniam je też Ignaczakowi.
– Ja za tobą też, Anika – odpowiada. W wyobraźni widzę
jego delikatny uśmiech, przyjaciel, przyjaciel, stanął po mojej stronie, kiedy
zostałam sama, w nieznanym mieście, kiedy stałam naprzeciw Bartka i nie
wiedziałam, co zrobić.
– Muszę uciekać. Muszę.
– Bartek wie? - pyta cicho.
– Nie.
Nie dowie się, nie ode mnie. Kończę rozmowę, wyłączam
telefon i wyjmuję z urządzenia kartę SIM.
Jeśli mam uciec, muszę spalić wszystkie mosty. Ignaczak
jest jednym z nich.
Nowy numer telefonu, nowe przedszkole Kacpra, nowy dom,
nowa praca. Nowa fryzura, obcięte krótko włosy. Wszystko jest nowe.
Bartka nie ma w moim życiu, nigdy nie będzie. Tęsknię,
codziennie za nim tęsknię, ale to musiało się tak skończyć. To nie miało prawa
się nam udać. Pod poduszką mam pogniecione zdjęcie, stare, sprzed lat. Z
Bełchatowa, zrobione pod Energią, Bartek w koszulce klubowej, ja
reprezentacyjnej. Rocznica naszego poznania się.
Nie umiem zapomnieć. Nie umiem nie tęsknić.
Ale nie mogę z nim być, nie mogę być w jego okolicy, nie
potrafię. Za bardzo boli. Tęsknota jest łatwiejsza niż nienawiść splątana z
miłością.
Nienawidzimy się z daleka, on z Rzeszowa, ja z
Bełchatowa. Nienawidzimy się i kochamy, nie rozmawiamy, udajemy, że nie
istniejemy.
Kacper coraz rzadziej pyta o Sebka, Domi i wujka Igłę.
Coraz rzadziej tęskni za Rzeszowem. Ja nie przestaję tęsknić za tymi, których
tam zostawiłam. Za tym, co mogłam mieć.
Ale taką podjęłam decyzję, w pełni świadoma konsekwencji.
Zrywając kontakt z Ignaczakiem, zostawiając Bartka bez słowa, z dnia na dzień
rzucając studia i pracę. Wiedziałam, co robię. Czy żałuję? Częściowo.
Jestem Anika Katarzyna Szcześnik. Mam dwadzieścia siedem
lat i czteroletniego syna Kacpra. Kocham człowieka, który kocha mnie. I prawdopodobnie
nigdy więcej go nie zobaczę.
Spaliłam za sobą mosty. Uciekłam.
Najbardziej
nienawidzę jej za to, jak bardzo ją kocham.
Jestem
Bartosz Kamil Kurek. Mam dwadzieścia osiem lat i czteroletniego syna, którego
właściwie nie znam i prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczę. Kocham kobietę,
która kocha mnie.
Spieprzyłem
to, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Przeze mnie Aniki nie ma już w
Rzeszowie.
Spaliła za
sobą mosty. Uciekła.
Cudem
zdobyłem jej nowy numer telefonu, do tej pory z niego nie korzystałem. Dzwonię,
w słuchawce cisza i przerywany sygnał.
A potem
doskonale znany, tak często słyszany kiedyś głos.
Nienawidzę
jej. Ale przecież ją kocham.
She's my angel
she's my lover she's my very best friend
I hate her
'cause I love her so I hurt her again
~*~
16.11.2015-10.01.2016
26.11.2015-23.02.2016
Prolog, osiem rozdziałów i epilog. Niby niedużo, niecałe
dwa miesiące pisania. Ale jednocześnie dwa miesiące myślenia o Bartku i Anice
dzień w dzień, pisania notatek na kolanie w metrze i planowania historii w
autobusie do domu.
Prolog, Rycerzyk, który powstał wieki temu, bo 1 grudnia
2012. Tutaj pojawił się praktycznie niezmieniony, mimo że zmienił się mój
bohater. Bo Rycerzyk był pisany z myślą o Zbyszku Bartmanie. Później, kiedy
przyszło mi do głowy, że mogłabym rozwinąć tę historyjkę, pojawił się w planach
Andrzej Wrona.
A potem na Memoriale Ambroziaka zobaczyłam wystawione na
licytację zdjęcie Kurka z dzieckiem, z sesji dla Herosów. I Rycerzykiem został
Bartek.
Skończyłam pisać w nocy, już w niedzielę, kilkanaście
godzin przed tym niesamowitym meczem o trzecie miejsce w Berlinie, przed tym
rollercoasterem z piekła do nieba. A potem się cieszyłam, że wywalenie Bartka z
kadry to tylko wytwór mojej chorej głowy, bo może mecz wygrał nam Kubiak, ale
bez Kurka byłoby ciężko, baardzo ciężko.
Hurt her again, fragment piosenki, którą bezczelnie
zgapiłam od Otfilulu, ale która
wpasowała mi się w ideę tej historii. Hurt her again, tytuł tej historii.
W mojej głowie pojawił się w pewnym momencie roboczy
tytuł Barteczek i tak już zostało, tak mi pasowało do tego Kurka,
niedojrzałego, szczeniackiego, kompletnie nieodpowiedzialnego. Kurek-egoista,
taki miał wyjść. Taki był w mojej głowie.
Ta historia miała być dłuższa, ale w pewnym momencie
zaczęłam się strasznie męczyć z jej pisaniem, więc musiałam powiedzieć sobie
dość, kończymy, robimy papa i lecimy dalej. Nie chciałam przeciągać, walczyć ze
sobą, bo pisanie ma być przede wszystkim przyjemnością.
Nie ma słowa "koniec", bo tak naprawdę historia
Aniki i Bartka się nie kończy. Co było dalej? Czy Anika odebrała telefon, czy
dała Bartkowi kolejną szansę? Nie mam pojęcia. Może odebrała. Może to tylko
automatyczna sekretarka. Życie trwa dalej, oni nadal żyją gdzieś w mojej
głowie, w Waszych głowach.
Dziękuję za każde odwiedzenie bloga, za każdy komentarz,
za sympatię do Bartka i za chęć wytargania go za uszy, za Waszą obecność, Wasze
wsparcie i groźby.
Dziękuję wszystkim anonimowym, wszystkim milczącym i
wszystkim, którzy zostawili po sobie ślad.
Dziękuję Kam, którą znam już z tej blogowej
rzeczywistości od lat, która jest zawsze i od której się zaczęło (Austriacka
Kawa, pamiętam♥)
Dziękuję Otfilulu, jeden z tych niedoścignionych wzorów,
chciałoby się umieć tak pisać.
Dziękuję Hani z Radomia, która od początku chciała
wytargać Kurę za uszy, na co zasługiwał, jakby nie patrzeć.
Dziękuję Annie Kannie, która niesamowicie mnie motywowała
do pisania, pomogła zostać, nie rzucić tego w cholerę. Kolejna genialna, mogę
tylko zazdrościć talentu.
Dziękuję Wam wszystkim: aguśka, volleystory, marysia,
Roksana Podolska, P., volleyheart, Imperfecta, coff, a także każdemu anonimowi, który zostawił po sobie ślad
na tym blogu.
Szczególnie chciałam podziękować jeszcze jednej osobie,
mojej Kasi, która czytała każdy rozdział z wyprzedzeniem, wspierała mnie w
momentach kompletnej pisarskiej blokady, podsuwała pomysły (których i tak nie
wykorzystywałam) i przede wszystkim była i jest. Dziękuję, słońce ♥
Żegnam się z Bartkiem i Aniką, nie żegnam się z Wami.
Tutaj już kończę, ale zaczynam coś nowego. I po tym Bartku od nowa uczę się
pisać.
Deliriously. Michał Kubiak, który oszalał z miłości.
Macham wam radośnie łapką i zapraszam!
Pieczarka, znana też jako Green.
I na koniec, jak to powiedział kiedyś pan Wojciech
Drzyzga: "Zły Bartek to dobry Bartek" ;)