Opowiadanie fanfiction, tylko wytwór mojej chorej wyobraźni.
Nie ma na celu urażenie kogokolwiek.
Ostrzegam, występują wulgaryzmy

wtorek, 23 lutego 2016

[∞] I won't even say goodbye

Który to już raz w życiu pakuję walizki? Który raz uciekam?
Kolejny raz z tego samego powodu, przez te same, niebieskie oczy Bartka Kurka. Oczy, które teraz przyglądają mi się z zaciekawieniem z twarzy mojego syna.
Rzeszów miał być moją metą, okazał się tylko krótkim przystankiem na drodze. Przystankiem, którego nie chciałam i nie planowałam. Bo miało tu nie być Bartka.
Kacper ściska w dłoni pluszaka, którego dostał kiedyś od Ignaczaka, przygląda mi się z uwagą. Mój mały, mądry, cudowny synek. Moja ostatnia pamiątka po Bartku.
Nie chcę pamiętać, nie chcę przez całe życie wspominać wspólnych chwil, jego słów, jego dotyku. Nie chcę o nim pamiętać, ale przecież nie potrafiłam zapomnieć przez trzy lata, kiedy ja byłam w Warszawie, a on najpierw w Rosji, a potem we Włoszech. Wiem, że nie zapomnę.
Kacper jest śpiący, zmęczony, ale uparcie stoi obok mnie, próbując pomagać i robiąc tylko większy bałagan. Uśmiecham się do niego delikatnie, namawiam go do pójścia spać.
Pyta o wujka Igłę, kiedy znowu będzie mógł się pobawić z nim i jego dziećmi. A ja nie potrafię mu odpowiedzieć, bo przecież Igła nie wie, że właśnie pakuję walizki i uciekam z Rzeszowa.
Uciekam, bo przecież kocham Bartka, a on w ten swój pokręcony, niedojrzały sposób, kocha mnie.
Ale ta miłość przyniosła tylko jedną dobrą rzecz, dała mi syna, Kacperka. A i on wiąże się przecież z cierpieniem.
Uciekam, bo ból tęsknoty wydaje się być łatwiejszy do zniesienia niż ból nienawistnej miłości mojej i Bartka.
Gdzieś się w tym wszystkim zaplątaliśmy, a może ktoś na górze zadecydował, że nigdy nam się nie uda. Nie potrafimy się nie kochać, ale nie potrafimy się nie nienawidzić. Cały paradoks i cały dramat naszej historii chyba właśnie na tym polega. Na tym poplątaniu miłości i nienawiści, których nie potrafimy już rozdzielić.
Uciekam.

Jest wcześnie rano, samochód ojca stoi pod blokiem. Znowu muszę liczyć na pomoc rodziców, znowu wyciągają do mnie dłoń, bez cienia pretensji. Może nawet się cieszą, że będą mieć wnuka blisko siebie.
Uciekam i wracam tam, gdzie moje miejsce, wracam do rodzinnego Bełchatowa. Rzeszów miał być metą, był tylko bolesnym przystankiem. Bełchatów był początkiem. Będzie końcem.
Uciekam. Bez pożegnania, bez ostrzeżenia. Z łzą pod powieką i drżącymi dłońmi zamykam na klucz mieszkanie, na balkonie wisi wielki napis ogłaszający chęć sprzedaży. Pod spodem numer telefonu ojca.
Kolejny raz rzucam studia i pewnie już ich nie ukończę, zajęta Kacprem, zajęta uciekaniem. Bo co, jeśli Bełchatów nie będzie moim finałem?
Kacper siedzi już w samochodzie, w foteliku, trajkocze radośnie, nieświadomy tego, jak wielkie zmiany nadchodzą. Opowiada o kolegach z przedszkola, z którymi przecież już się nie zobaczy. Ranię go, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, a to rani mnie. Ale nie umiem, nie mogę tu zostać. Nie w Rzeszowie, nie w mieście, w którym jest Bartek.
Wystukuję na telefonie doskonale znany sobie numer. Odbiera po kilku sygnałach, wyraźnie zaspany.
– Przepraszam, że cię budzę – mówię cicho. Tłumi ziewnięcie.
– Anika, coś się stało? – pyta. Uśmiecham się smutno. Ignaczak. Przyjaciel.
– Dzięki za wszystko, Krzysiek. – Głos mi drży, drżą mi dłonie. Milczy przez moment, słyszę jego oddech w słuchawce telefonu.
– Anika, ty się żegnasz.
Nie pyta, nie musi. Dobrze mnie zna. Może nawet lepiej niż Bartek.
– Przepraszam, że nie osobiście – dopowiadam.
– Uciekasz.
Tym razem to ja milczę, zamykam oczy, czuję łzy pod powiekami. Trudno uciec, trudno tak wszystko rzucić, spalić mosty. Który to już raz wszystko za moimi plecami płonie?
– Uciekam – potwierdzam. – Kiedyś mnie zrozumiesz, Krzysiek. Mam taką nadzieję.
– Już rozumiem – mówi. – Pozwolisz mi się odwiedzić? Wezmę dzieciaki, Iwonę, Kacper się ucieszy.
– Jasne.
Znowu milczymy.
– Będę za tobą tęsknić, Krzysiek – mówię nagle, impulsywnie. Utrudniam sobie to pożegnanie, utrudniam je też Ignaczakowi.
– Ja za tobą też, Anika – odpowiada. W wyobraźni widzę jego delikatny uśmiech, przyjaciel, przyjaciel, stanął po mojej stronie, kiedy zostałam sama, w nieznanym mieście, kiedy stałam naprzeciw Bartka i nie wiedziałam, co zrobić.
– Muszę uciekać. Muszę.
– Bartek wie? - pyta cicho.
– Nie.
Nie dowie się, nie ode mnie. Kończę rozmowę, wyłączam telefon i wyjmuję z urządzenia kartę SIM.
Jeśli mam uciec, muszę spalić wszystkie mosty. Ignaczak jest jednym z nich.

Nowy numer telefonu, nowe przedszkole Kacpra, nowy dom, nowa praca. Nowa fryzura, obcięte krótko włosy. Wszystko jest nowe.
Bartka nie ma w moim życiu, nigdy nie będzie. Tęsknię, codziennie za nim tęsknię, ale to musiało się tak skończyć. To nie miało prawa się nam udać. Pod poduszką mam pogniecione zdjęcie, stare, sprzed lat. Z Bełchatowa, zrobione pod Energią, Bartek w koszulce klubowej, ja reprezentacyjnej. Rocznica naszego poznania się.
Nie umiem zapomnieć. Nie umiem nie tęsknić.
Ale nie mogę z nim być, nie mogę być w jego okolicy, nie potrafię. Za bardzo boli. Tęsknota jest łatwiejsza niż nienawiść splątana z miłością.
Nienawidzimy się z daleka, on z Rzeszowa, ja z Bełchatowa. Nienawidzimy się i kochamy, nie rozmawiamy, udajemy, że nie istniejemy.
Kacper coraz rzadziej pyta o Sebka, Domi i wujka Igłę. Coraz rzadziej tęskni za Rzeszowem. Ja nie przestaję tęsknić za tymi, których tam zostawiłam. Za tym, co mogłam mieć.
Ale taką podjęłam decyzję, w pełni świadoma konsekwencji. Zrywając kontakt z Ignaczakiem, zostawiając Bartka bez słowa, z dnia na dzień rzucając studia i pracę. Wiedziałam, co robię. Czy żałuję? Częściowo.
Jestem Anika Katarzyna Szcześnik. Mam dwadzieścia siedem lat i czteroletniego syna Kacpra. Kocham człowieka, który kocha mnie. I prawdopodobnie nigdy więcej go nie zobaczę.
Spaliłam za sobą mosty. Uciekłam.

Najbardziej nienawidzę jej za to, jak bardzo ją kocham.
Jestem Bartosz Kamil Kurek. Mam dwadzieścia osiem lat i czteroletniego syna, którego właściwie nie znam i prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczę. Kocham kobietę, która kocha mnie.
Spieprzyłem to, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Przeze mnie Aniki nie ma już w Rzeszowie.
Spaliła za sobą mosty. Uciekła.
Cudem zdobyłem jej nowy numer telefonu, do tej pory z niego nie korzystałem. Dzwonię, w słuchawce cisza i przerywany sygnał.
A potem doskonale znany, tak często słyszany kiedyś głos.
Nienawidzę jej. Ale przecież ją kocham.

She's my angel she's my lover she's my very best friend
I hate her 'cause I love her so I hurt her again

~*~
16.11.2015-10.01.2016
26.11.2015-23.02.2016

Prolog, osiem rozdziałów i epilog. Niby niedużo, niecałe dwa miesiące pisania. Ale jednocześnie dwa miesiące myślenia o Bartku i Anice dzień w dzień, pisania notatek na kolanie w metrze i planowania historii w autobusie do domu.
Prolog, Rycerzyk, który powstał wieki temu, bo 1 grudnia 2012. Tutaj pojawił się praktycznie niezmieniony, mimo że zmienił się mój bohater. Bo Rycerzyk był pisany z myślą o Zbyszku Bartmanie. Później, kiedy przyszło mi do głowy, że mogłabym rozwinąć tę historyjkę, pojawił się w planach Andrzej Wrona.
A potem na Memoriale Ambroziaka zobaczyłam wystawione na licytację zdjęcie Kurka z dzieckiem, z sesji dla Herosów. I Rycerzykiem został Bartek.
Skończyłam pisać w nocy, już w niedzielę, kilkanaście godzin przed tym niesamowitym meczem o trzecie miejsce w Berlinie, przed tym rollercoasterem z piekła do nieba. A potem się cieszyłam, że wywalenie Bartka z kadry to tylko wytwór mojej chorej głowy, bo może mecz wygrał nam Kubiak, ale bez Kurka byłoby ciężko, baardzo ciężko.
Hurt her again, fragment piosenki, którą bezczelnie zgapiłam od  Otfilulu, ale która wpasowała mi się w ideę tej historii. Hurt her again, tytuł tej historii.
W mojej głowie pojawił się w pewnym momencie roboczy tytuł Barteczek i tak już zostało, tak mi pasowało do tego Kurka, niedojrzałego, szczeniackiego, kompletnie nieodpowiedzialnego. Kurek-egoista, taki miał wyjść. Taki był w mojej głowie.
Ta historia miała być dłuższa, ale w pewnym momencie zaczęłam się strasznie męczyć z jej pisaniem, więc musiałam powiedzieć sobie dość, kończymy, robimy papa i lecimy dalej. Nie chciałam przeciągać, walczyć ze sobą, bo pisanie ma być przede wszystkim przyjemnością.
Nie ma słowa "koniec", bo tak naprawdę historia Aniki i Bartka się nie kończy. Co było dalej? Czy Anika odebrała telefon, czy dała Bartkowi kolejną szansę? Nie mam pojęcia. Może odebrała. Może to tylko automatyczna sekretarka. Życie trwa dalej, oni nadal żyją gdzieś w mojej głowie, w Waszych głowach.
Dziękuję za każde odwiedzenie bloga, za każdy komentarz, za sympatię do Bartka i za chęć wytargania go za uszy, za Waszą obecność, Wasze wsparcie i groźby.
Dziękuję wszystkim anonimowym, wszystkim milczącym i wszystkim, którzy zostawili po sobie ślad.
Dziękuję Kam, którą znam już z tej blogowej rzeczywistości od lat, która jest zawsze i od której się zaczęło (Austriacka Kawa, pamiętam♥)
Dziękuję Otfilulu, jeden z tych niedoścignionych wzorów, chciałoby się umieć tak pisać.
Dziękuję Hani z Radomia, która od początku chciała wytargać Kurę za uszy, na co zasługiwał, jakby nie patrzeć.
Dziękuję Annie Kannie, która niesamowicie mnie motywowała do pisania, pomogła zostać, nie rzucić tego w cholerę. Kolejna genialna, mogę tylko zazdrościć talentu.
Dziękuję Wam wszystkim: aguśka, volleystory, marysia, Roksana Podolska, P., volleyheart, Imperfecta, coff, a także każdemu anonimowi, który zostawił po sobie ślad na tym blogu.
Szczególnie chciałam podziękować jeszcze jednej osobie, mojej Kasi, która czytała każdy rozdział z wyprzedzeniem, wspierała mnie w momentach kompletnej pisarskiej blokady, podsuwała pomysły (których i tak nie wykorzystywałam) i przede wszystkim była i jest. Dziękuję, słońce ♥
Żegnam się z Bartkiem i Aniką, nie żegnam się z Wami. Tutaj już kończę, ale zaczynam coś nowego. I po tym Bartku od nowa uczę się pisać.
Deliriously. Michał Kubiak, który oszalał z miłości.
Macham wam radośnie łapką i zapraszam!
Pieczarka, znana też jako Green.

I na koniec, jak to powiedział kiedyś pan Wojciech Drzyzga: "Zły Bartek to dobry Bartek" ;)